Archiwum 23 października 2006


HALLOWEEN
Autor: postal
23 października 2006, 17:14

     Kurwa, ja pierdole, kolejne Halloween. Ludzie z mojej dzielnicy wiedzą, co to znaczy. Domy w płomieniach, wybuchające auta, stwory na ulicach i żyletki w dyniach ze słodyczami.

Wyszedłem zbierać cukierki.
     Zacząłem od pierwszego domu w moim bloku.
     Sąsiad splunął mi w twarz i dał mi kamień. Oddałem mu go i powiedziałem, że nic nie chce. Odwróciłem się i odszedłem, a kamień uderzył mnie w głowę.
     Poszedłem do domu naprzeciwko.
Zastałem starszą panią, leżała martwa na podłodze.
Zapytałem: „Przepraszam, ma pani cukierki?”. Uniosła nogi i zesztywniała w tej pozycji.
     Poszedłem do następnego domu pełen nadziei. Była tam gruba kobieta trzymająca pluszowego misia. Powiedziałem „Cukierek albo psikus”. Odpowiedziała „Psikus albo cukierki”. Umierając zgniotła przytulankę, to było takie chore.
     Następny dom był głęboko w lesie. Byłem troszkę przestraszony, ale kurwa chciałem cukierki!
Zapukałem w drzwi, ktoś mi odpukał, usłyszałem „Wejdź proszę”. O nie, nie ma kurwa mowy…
     Następny dom należy do panny Cherry Saun. Powiedziała zamknij za sobą drzwi a twoje słodycze wkrótce nadejdą. Podekscytowany wszedłem do środka, a ona kopnęła mnie w jaja.
     Dowlokłem się do następnej posesji gotowy na najgorsze. Z okna uśmiechał się mężczyzna w czarnej szacie. Nacisnąłem dzwonek, „Czy jest ktoś w domu””. „Oczywiście, a jeśli chcesz cukierki, to idź do sklepu.”.
     Poszedłem na wzgórze od następnego domostwa. To piernikowy domek przyjaznej wiedźmy Watherbell. Zapytałem: „Co z cukierkami?”. Odpowiedziała „Co powiesz na przepyszny zatruty gorący domowej roboty chleb?”. Moja torba stała się ciężka, więc przysiadłem na krawężniku. Nadjechał na swojej hulajnodze jakiś Harry Porter. Zaszedłem go od tyłu o kopnąłem w dupę, uderzyłem w szyję i przekopałem po całej ulicy. Teraz moja torba była podwójnych rozmiarów.
     Do następnego domu po moją ponurą nagrodę. Lubię cukierki, cukierki i psikusy. Otworzył wielki facet, uderzył mnie w twarz i nie dał mi nawet psiego gówna.
     Dom po drugiej stronie ulicy to wielka posiadłość, minąłem bramę, już za późno, żeby zawrócić. Zadzwoniłem w gong, otworzył lokaj, wielki skurwysyn wyglądający jak z rodziny Adamów. „Witam pana, czy ma pan coś do mojej sakiewki?”. Sięgnął do kieszeni, ale chyba uszkodził sobie plecy. Trwało to całe godziny, rozwarłem torbę i czekałem, kiedy wreszcie wyprostował trzymał w palcach pieprzony grosik.
     Następny dom jest opuszczony, więc zapomnijcie o nim. Nie chwileczkę, myślę, że ktoś tam jednak mieszka! Kiedy w grę wchodzą słodycze, nie schowasz się przede mną! Był tam tylko naćpany narkoman, zarzygał się w moją torbę i umarł.
     Ostatni dom to mój, na szczycie wieżowca. Moja mama siedziała w oknie i strzelała do przechodniów ze swojego Glocka. Wspiąłem się na dach z moim bratem wykonać skok stereo.

Szczęśliwego Hallowen, kocham to jebane miasto!!!