JEST

BULLETS EVERYWHERE

Kula wpadła przez moje okno i rozwaliła zegar.
Wybiegłem przed dom i prawie dostałem postrzał.
Wyznawcy Allaha strzelali do wszystkich na ulicy.
Dołączyłem do akcji i wypaliłem ze swojego sprzętu.
Tec-9 automatic prosty i skuteczny. Zastrzeliłem 2 kolesi z sąsiedztwa i lokalnego ćpuna.
Musiałem przeładować, kiedy nagle coś wybuchło. Ciała i krwawe ślady pokryły ulicę.
Zadzwoniłem po policję. Przyjechali na sygnale.
Zaparkowali na moim podjeździe, zobaczyli mnie i otworzyli ogień.
Ledwie uciekłem, nie spodziewałem się tego. Gdziekolwiek nie spojrzę, widzę ludzi z bronią.
Wszyscy biegają i strzelają do siebie.
Twój ojciec, matka, brat, żona, każdy skurwiel. Spluwy plują ogniem, pociski świszczą w powietrzu.
Trafiłem jakąś dziwkę w otwór w uchu. To chyba jakaś klątwa. Starsze panie strzelają się w kościele z księdzem. Dostał dwa razy w nogę, ale tylko się śmieje.
Pierdolę, jeśli to Armageddon ja go przeżyję.
Czterdziestka-piątka, 2 magazynki i dwulufowy Mosberg, ktoś dostał ode mnie śrutem w klatkę piersiową.
Wszyscy są uzbrojeni, mają intencje skrzywdzić kogoś, rykoszety gwiżdżą dookoła.
Ktoś uderzył mnie glinianym pelikanem w plecy. Dzieciak z przekrwionymi oczami - najwyżej dziesięciolatek, w odpowiedzi wystrzeliłem mu z obu luf prosto w twarz.
Uliczne światła zgasły, zrobiło się ciemno, słyszę tylko wystrzały.
Znam tych ludzi! Dwaj robotnicy, którzy pracowali razem – jak tylko załadowali broń wypalili w siebie nawzajem.
Zwątpiłem we wszystkich, cały czas się przemieszczam, jestem ranny, schowałem się w wiacie na narzędzia na końcu ulicy.
Noc robi się cicha wraz z upływem czasu. Coraz mniej ludzi zostało przy życiu.
Poczekam aż nie zostanie nikt.

SHADOWLAND OPEN

Miłość czyni człowieka słabym, podatnym na ataki.
Rodzina staje się najsłabszym ogniwem.
Samemu nie da się osiągnąć pełni szczęścia, ale po co ryzykować.
Ryzyko jest minimalne, ale wciąż, po co ryzykować?

Pole grawitacyjne czarnej dziury, która otworzyła się gdzieś w pobliżu jest tak silne.
Kraina Cieni wciąga mnie, porywa, hipnotyzuje.
We livin’ in darkness, we souless and heartless and wearing a monster. Somebody hear me, somebody help me.
Niektórzy z nas boją się śmierci, wierzą, że kiedy umrą zostaną zamknięci w ciemnym pokoju, sami, nadzy i krwawiący. W tym pokoju nie ma drzwi, ani okien.
IKARUS

 

Dzisiaj nie dotarłem do pracy.
Jestem wkurwiony.
Kilka samochodów w przód pierdolnęły się dwa autobusy - trasowy i widoczny na załączonym obrazku Ikarus komunikacji miejskiej.
Kompletnie zatarasowały drogę i ukrzyżowały moje plany na spędzenie dnia.
Nauczyli by się jeździć. Najłatwiej zwalić winę na rozlaną na drodze oleistą ciecz.

 

Jak tu nie być wkurwionym?
Na szczęście szef przyjął martwe ciała na drodze, jako usprawiedliwienie. Dość cienkie, bo mogłem po nich przejechać, ale zawsze.

WIADRO AMUNICJI

 

     Nie mam w życiu szczęścia. Stop, wróć, to sobie wyedytuj. Nie mam szczęścia do gier losowych.


     W życiu jadę na farcie jak surfer na fali. Na każdym kroku jakaś potężna, niewidzialna siła, którą od niedawna nazywam Allahem, popycha mnie, pociąga we właściwym kierunku, czasami rzuci na glebę, aby uniknąć niebezpieczeństwa. Czasem poderwie w górę, miotnie na prawo bądź w lewo.

 

Nigdy niczego nie wygrałem. Aż do wczoraj.
 
     Żeby się odmulić, bo nic tak nie zamula, jak powtarzający się co dzień rytuał chodzenia do pracy, zarabiania pieniędzy, żona zabrała mnie na strzelnicę. Szybko wykorzystaliśmy skromne, dostępne środki i już mieliśmy wychodzić, kiedy instruktor (pełniący również funkcję skarbnika, ciecia, sprzątaczki oraz odźwiernego) zagadnął mnie o moją tożsamość. Okazało się, że wygrałem jedną z głównych nagród w Noworocznym losowaniu posiadaczy kart klienta.
     Tak wiec wygrałem wiaderko amunicji… Tyle pieprzonych naboi, że strzelanie obrzydło mi na kilka miesięcy. Za swoje pieniądze celebruję każdy wystrzał. Tym razem wywaliłem cały magazynek z AKM’u w 10 sekund. Orgazm się nie umywa. Opanowanie odrzutu to wysiłek większy niż sądziłem. Krew uderzyła mi do głowy i aż się zasapałem. Dymiące lufy to nie wymysł Hollywood’u. Bez kompensatora odrzutu już pewnie trzeci pocisk poszedłby w sufit.
Przez 10 cudownych sekund strzelnica była moja. Wszystko zamarło w bezruchu. Głos instruktora tłumaczącego tępej blondynce gdzie należy kierować wylot lufy, po tym jak gorąca łuska wpadła jej w dekolt, zawisł w próżni.
 
 
Klak-klak-klak-klak-klak-kla-klak-klak-klak-klak. Klik.
NEW YEAR

     Nowy rok zaczął się dla mnie okropnie. Nafaszerowany antypsychotykami przespałem Sylwestra, wcześniej obraziwszy się śmiertelnie na współmałżonka.
     Śmiertelne ów obrażenie przeszło mi nazajutrz rano. Dzień spędziłem na lekturze piętrzącego się na stole stosu zaległych gazet. Czytałem o rozbojach, pobiciach, gwałtach, napadach, torturach, prześladowaniach, wpadkach polskiego wywiadu, porażkach polskich służb specjalnych, najnowszych wyczynach posłów i pomysłach polskiego rządu.
     Utwierdziłem się w przekonaniu, że Polska jest żałosna a Polskość to obciach i powód do głębokiego wstydu. Utwierdziłem się również w przekonaniu, że ludzkość ze swoim całym okrucieństwem jest zła i zepsuta do szpiku kości, każdy człowiek zasługuje na rzucenie na kolana i strzał w podstawę czaszki z amunicji o dużej masie i niskiej prędkości początkowej.
     Niektórym może się wydać dziwne, że przemoc, tortury, czy wszelkie okrucieństwo postrzegam jako coś bardzo złego, natomiast pozbawioną cierpienia, natychmiastową eksterminację jako coś dobrego. Brzydzę się przemocą, ale w potylicę strzeliłbym każdemu (no może oprócz najbliższej rodziny i dawnych przyjaciół). Cóż jestem borderline i tak właśnie uważam.
     Ze szczerym smutkiem wspomniałem śmierć mojego ulubionego dyktatora Kim Jong Ila, w którym widziałem nadzieję na szybką i bezbolesną, atomową zagładę Świata. Jego syn to wyrośnięta ciota, więc jedyna nadzieja w duchowym przywódcy Iranu. Ażeby zdobył upragnioną technologię do wymazania Izraela z mapy świata i najlepiej całej reszty też, tak przy okazji. Z nieśmiałą nadzieją spoglądam na Chiny.
     Następnego dnia zepsuł mi się samochód. Mój ledwie roczny, zadbany i dopieszczony, wytwór niemieckiej inżynierii. Skurwysyn zwyczajnie się zjebał. Konkretnie to spaliła się żarówka w czołowej lampie po stronie kierownicy. Niby nic wielkiego? Zwyczajna drobnostka? Pierdoleni naziści upchali tyle elektronicznego gówna pod maską, że zwyczajnie nie zostało miejsca na to, żeby włożyć tam rękę celem wymiany tej powszechnie dostępnej części. W serwisie hitlerowcy życzą sobie 65PLN plus wywindowany koszt H7 za wymianę. Jeśli wierzyć forom dyskusyjnym to dostają się do reflektorów od spodu, korzystając z podnośnika lub też demontując najpierw zderzak, celem wyjęcia całej lampy. Zawziąłem się w sobie i nie zważając na ból, wepchnąłem dłoń w 2 centymetrową szczelinę, zdzierając dobie skórę z połowy palca. Dałem radę bez użycia łomu i młotka, które na wszelki wypadek, gdyby jednak nie dało rady, wziąłem z sobą.
     Dzisiaj natomiast jest ostatni dzień mojego urlopu. Jutro muszę na całe 2 dni wrócić do pracy. Do gięcia na zimno i prasowania blachy służącej do produkcji armii terminatorów (jeden z naszych produktów nazywa się T-53, inny T-63) na razie służących ludzkości do recyklingu aluminium.

LURKER, WATCHER

     Dziś weteran marines, który służył jako strzelec wyborowy, postrzelił i zabił 10 niczego niespodziewających się osób na campusie uniwersytetu, po czym został schwytany półtorej godziny później przez jednostkę specjalną policji.
     Snajper zaczął strzelać z pokładu widokowego 27 piętrowej wierzy obserwacyjnej należącej do uniwersytetu. Ofiary przebywały w zachodniej i południowej części campusu. Zostały zabite precyzyjnymi strzałami z wielkokalibrowego karabinu wyborowego, zabezpieczonego przy snajperze.

 

     Skołowany idę przez trawnik, mijam żywych zombie, mam na stopach skórzane czarne buty, nadają się do dżungli, nadają się na pustynię, mają wiele zastosowań. W torbie niosę dużo amunicji, twarz pokrywa farba maskująca.
     Barykaduję drzwi, zabezpieczam swoje stanowisko. Jestem na szczycie, widzę stąd cały świat. Serce wali w mojej piersi, kiedy przeżywam swój senny koszmar. 
     Sprawdzam odległość, wiatr. Kilka regulacji i w końcu biorę cel – mężczyzna bawiący się komórką. Rozwalam mu głowę. Stojąca nieopodal parka zaczyna uciekać, ona się potyka, on biegnie dalej sam, jakby wcale nie zauważył. Posyłam pocisk w jego głowę, pada bez życia na kolana, żona dopada jego ciała próbuje wyciągnąć kluczyki od samochodu. Zombie zauważyli zakochaną parkę, zaczynają się rozbiegać we wszystkie strony, mierzę w ich plecy. Kim są? To nie ma znaczenia. Gdzieś tam na górze jest psychopata, kiedy znajdą się w zasięgu dostają w głowę.
     Postrzeliłem tłustą kobietę w tyłek, zdjąłem pełzające po trawie dziecko, tatuś przy huśtawce dostał w oko, przez soczewkę swoich okularów. Na drugim planie facet w rządowym garniturze, służył w secret service, teraz trzyma się za tryskającą krwią szyję, krzyczy, że nie zasłużył na to.
     Wieża jest zbyt wysoka, strzelam z góry. Moja głowa to metalowy bojler, gotują się w niej myśli, wymieszane z gwoździami i stalowymi śrubami, ciśnienie wzrasta.
     Patrzę przez lunetę i widzę wroga – cały świat. Nigdy nie był moim przyjacielem, nigdy nie udawał, że jest. Walczyłem dla mojego kraju w dwóch wojnach, teraz zostawił mnie chorego, biednego, z uszkodzonym odłamkiem mózgiem i bezużytecznym fiutem. Tak więc przeładowuję, palec na spuście drętwieje od ciągłego ściskania, jestem poza kontrolą.
     Teraz patrz - paf, paf, paf! Trzy fragi, trzej chłopscy z drużyny uniwersytetu leżą rzędem płasko na plecach. Jakaś pani próbująca chować się za ciałem grubego faceta – jedna kula prosto w oko.
     To jak walka z Aborygenami, tylko że ja nie przyjmuje żadnych rozkazów. 200 jardów poniżej, sam oznaczam i wybieram cele. Strzelec wyborowy, snajper, wojskowa precyzja.
     Ustawiają reflektory punktowe, próbują pozbawić mnie widoczności.
     Oczy w mojej czaszce poruszają się we wszystkie strony, to już kwestia minut, jestem właściwie martwy. Teraz rozciągają taśmy. Myślą, że są poza moim zasięgiem, uspokajam się, zastygam, posyłam kilka kulek. Stroboskopowe światła, po prostu czekam, nie wpadam w panikę. Moją jedyną umiejętnością jest zabijanie i mam z sobą półautomatyczny karabin.
     Pot ścieka mi po skroniach, krwawię z lewego ucha. Kule rozsadzają cegły wokół mojej głowy, pociski przeczesują mi włosy. 
     Biorę kolejny cel, moje strzały nigdy nie pudłują, rozwalam te kaczki. Teraz jeden, który wyskoczył z ciężarówki S.W.A.T.
     Widzę jakąś nagłą aktywność wroga, wzbudzam chaos w jego szeregach.

 

Bah! Moje życie kończy się w jasnym rozbłysku.

POSTAL

POSTAL się zestarzał, POSTAL się skończył.

POSTAL się zdezaktualizował.

 

Kiedyś jego radosną twórczość nastolatka komentowała rzesza przygłupich dzieci neostrady. Blog zamieniał się w forum dyskusyjne, na którym produkowały się pokrzywione dzieci z całego kraju.

Została garstka fanów, do tego… bleee – kobiety!

I ten niepokojący licznik „like’ów” Facebook’a i „fajnięć” Naszej-Klasy. Co ma piernik do wiatraka.

 

POSTAL przeszedł od Hitchcock’a blogów do opisów rzeczywistości i stracił wiodącą pozycję w wyszukiwarce Google’a.

 

POSTAL chce być znowu sławny.

Komentowany, znieważany, pomawiany, straszony więzieniem, prokuraturą, sądami.

 

Skąd wziąć wenę do mordowania ludzi na papierze?

 

 

Pozdrowienia dla fanek prawdziwego życia POSTALA.

MY HOUSE 2

     Drzwi zatrzasnęły się za nimi. Światło błyskawicy przesączające się przez deski ukazało ich oczom
postać, na oko 2 metrowego wzrostu. Twarz skrywała biało-czarna maska, komponująca się z dresem
w tych samych barwach. „Witajcie dzieci” wyszeptał.
     Kolejna błyskawica rozświetliła izbę. Ściany i podłoga pokryte były zakrzepłą krwią.
Świeża skapywała z sufitu po rozwieszonych ludzkich szczątkach. Część z nich podłączona była
do mechanicznych urządzeń powodujących, że drżały i podrygiwały konwulsyjnie. Oczy przewracały się w stymulowanych elektrycznie, pozbawionych ciała, głowach. Po przeciwnej stronie pokoju stała wielka maszyna,
zdająca się być podłączona za pomocą kabli i łańcuchów do wszystkich ciał. Wyglądała jak relikt
okropnego koszmaru, który mógł zrodzić się tylko w umyśle kompletnego szaleńca.
„NIE MA MOWY!! WYNOSZĘ SIĘ STĄD!!” Mike zareagował pierwszy, łapiąc i szarpiąc za okrągłą gałkę
klamki. Drzwi były zamknięte na głucho i nie miały zamiaru ustąpić, jakby jakiś wielki bóg trzymał je w miejscu.

„NIGDZIE NIE PÓJDZIECIE!!” zaskrzeczał ochryple nieznajomy. „WITAJCIE W MOIM DOMU!”.

MY HOUSE 1

 

     Deszcz potwornie zacinał, uparcie starając się zamieść ich z drogi, podczas kiedy przemierzali swoje niewielkie miasteczko w poszukiwaniu zabawy, a przynajmniej suchego miejsca, gdzie można by się ogrzać.
     Kilka minut wcześniej znaleźli sponiewieraną i zamokniętą ulotkę zapraszającą na całonocną halloweenową zabawę. „Kostiumy i maski wymagane!” głosił napis zamieszczony w centralnej części broszury.
„Spójrzcie, znaleźliście się na pieprzonej Ulicy Wiązów!” Jay krzyknął spod kaptura czarnej bluzy Twiztid, pokazując palcem zardzewiały znak. „To jest chore, powinniśmy to zabrać z sobą  na imprezę!” powiedziała Lisa. Marihuanowy dymek unosił się z jej rozchylonych w krzywym uśmiechu ust. Rebeca cofnęła się o parę kroków, jak zawsze, kiedy zamierzała skrytykować kumpli w swoim zalatującym duńskim angielskim. „Ludzie dlaczego wy zawsze musicie kraść wszystko, co się wam spodoba? Nie mam ochoty być dzisiaj zgarnięta przez policję!” wrzasnęła, kiedy chłopcy wzięli się za wyrywanie z ziemi znaku.
„WROOOOM!!”. Nagle wśród przyjaciół zapanowała cisza, zmieszani zaczęli uważnie rozglądać się wokół, kiedy rozległ się dźwięk przypominający odległe, wojenne zawołanie, budzącej się ze snu starożytnej morskiej istoty.
„Co ty było do kurwy nędzy?!” zaczął Mike trzęsąc się i jąkając. Wielkie krople deszczu uderzały w jego twarz zmuszając go do ciągłego mrugania powiekami, co nadawało mu bardziej komicznego niż przerażonego wyrazu. „Dochodzi stamtąd. Chodźmy to sprawdzić!”. Zarządził Jay.
     Z nieznanej sobie przyczyny wszyscy bez wyjątku ruszyli w kierunku stojącego w oddali domu. Zupełnie jakby jakaś niewidzialna boska siła ciągnęła ich ku ponuremu przeznaczeniu.
Mike schylił się po leżącą na chodniku ulotkę, czarny tusz pokrył jego rękę. „666 THOMPSON STREET” wymamrotał wpychając kartkę do kieszeni, nie odrywając wzroku od zabitego deskami domu, majaczącego w strugach deszczu, dokładnie na wprost niego. „Myślę, że…” zanim zdążył wyrazić pogląd, że może jednak powinni zawrócić, reszta pokonała już połowę drogi przez zapuszczony trawnik.
„Więc to ma być to miejsce?” zapytał Jay.
„Jest napisane 666, zupełnie jak na ulotce. To musi być tu.” odparł Mike.
„W życiu tam nie wejdę! Poczekam sobie tu na was, pieprzę to!” jęknęła Rebeca.
„Przestańcie być takimi cipkami! Jesteśmy na miejscu.” krzyknął Jay.
    

     Drzwi otwarły się powoli z przeciągłym zgrzytem. Ich żywoty dobiegały końca.

wolfzero | natek | dorfriend | thelams | anonse | Mailing